niedziela, 26 listopada 2017

O tym, że nie jest łatwo

W życiu każdego młodego rodzica przychodzi taki moment, że ma ochotę siąść i płakać razem z dzieckiem, ewentualnie rzucić to wszystko i wyjechać w Bieszczady wypalać węgiel drzewny. Oczywiście po kilku chwilach bezsilności i złości wszystko przechodzi, a wystarczy tylko rozbrajający uśmiech tej pociechy, która chwilę wcześniej doprowadziła cię na skraj załamania nerwowego. Nie mówię tu oczywiście o skrajnie ekstremalnych przypadkach, a o normalnych rozsądnie rozumujących ludziach. My właśnie doszliśmy do takiego momentu, a jako, że pociechy mamy trzy, skraj załamania trafia nam się trzy razy częściej.

Dziewczyny przechodzą właśnie jeden z ostatnich skoków rozwojowych, który spowodował wzmożenie lęku separacyjnego, co znaczy mniej więcej tyle, że któreś z nas musi być przez cały czas w zasięgu ich wzroku, a nawet ręki. Poza tym, mimo że w ciągu dnia ucinają sobie dwie godzinne drzemki, jedzą o w miarę stałych porach i zdarza im się przespać noc, to w ciągu dnia są okrutnie marudne, narzekające i płaczące. Do tego stopnia, że każde pukanie do drzwi powoduje dreszczyk emocji, czy to przypadkiem nie pracownik socjalny w asyście policji stoi za drzwiami.Póki co jakoś nam się udaje, mam nadzieję, że sąsiedzi nadal będą tak samo wyrozumiali, jak dotychczas. 

Każdego dnia dzieje się tyle, że można by napisać z tego oddzielny tekst, ale postaram się przekazać Wam w telegraficznym skrócie, co tam u nas. Osoby, które śledzą nasz fanpejdż, pewnie zauważyły, jak ogromny postęp zrobiły dziewczyny w ciągu zaledwie kilku tygodni. Ostatnio na przykład, wykorzystując chwilę nieuwagi Gangu, postanowiłem wymknąć się do drugiego pokoju, aby spokojnie wypić kawę (która trzyma tę naszą rodzinę na nogach) z moją umęczoną żoną (rok temu też tak o niej pisałem, a jednak z tej perspektywy, wtedy mieliśmy wakacje). Nasze córki tymczasem postanowiły wykorzystać moją chwilę nieuwagi,  że ja wykorzystałem ich chwilę nieuwagi, co spowodowało następujący efekt:


Fajnie nie? Ale to jeszcze nic. Wystarczy na moment odwrócić wzrok, a pchaczo-samochodzik natychmiast jest podstawiany pod komodę, parapet, czy szafę i wykorzystywany do wspinania się po rzeczy z gatunku tych zabronionych. 


Modus operandi zawsze wygląda tak samo: nagle w pokoju zapada cisza, co jakiś czas zza rogu wychyla się łysa głowa jednej z córek, tej której przyszedł w udziale "zaszczyt" stania na czatach, a w tym czasie dwie pozostałe coś broją. Na zdjęciu Anka na pchaczu, Kinga czeka na otwarcie szuflad, a poza kadrem Diana na czatach. Nie, zdecydowanie z naszymi córkami nie da się nudzić. Jedno co mnie niesamowicie cieszy to fakt, że potrafią fantastycznie współpracować. Szkoda tylko, że widać to tylko wtedy, gdy coś trzeba zbroić. 

A już za parę godzin wybieramy się z Gangiem na obchody Dnia Wcześniaka. Oczekujcie na relację, może pojawi się wcześniej, niż za miesiąc. :)

*Niniejszy tekst powstawał przez ponad 2 tygodnie, za każdym razem, gdy postanawiałem siąść do komputera, nasze małe Potworki skutecznie mnie sprzed niego odciągały. :)