niedziela, 6 sierpnia 2017

O rozszerzaniu diety

No i znów kilka fajnych pomysłów na tekst mi umknęło, a to wszystko przez natłok wydarzeń, jaki miał miejsce w ostatnim miesiącu. Ostatnio stwierdziliśmy nawet, że z jednej strony te ostatnie osiem miesięcy zleciało nie wiadomo kiedy, a z drugiej strony wydarzyło się tyle, jakby minęły całe lata świetlne od tej pięknej, mroźnej grudniowej nocy, której Mysza zadzwoniła do mnie z hasłem "Zaczęło się!". Ale o tym co u nas, a przede wszystkim u dziewczyn, już wkrótce, bo dziś skupimy się na temacie dość kontrowersyjnym, ale dla każdego rodzica nieuniknionym, czyli na rozszerzaniu diety. 

 Temat kontrowersyjny o tyle, że każdy ma inne podejście do tej kwestii. Jedni trzymają się rad rodziców i dziadków, którzy zaczynali podawać rzeczy inne niż mleko najszybciej, jak się dało, inni sugerują się informacjami producentów żywności dla dzieci i podają "słoiczki" od czwartego miesiąca życia, a jeszcze inni czekają aż dziecko samodzielnie usiądzie, oczywiście są też pewnie tacy, którzy czekają, aż dziecko do nich podejdzie i powie, że ma dość mleka i zjadłoby schabowego.

My postanowiliśmy nie popadać w skrajności, jednocześnie trzymając się wytycznych Światowej Organizacji Zdrowia, czyli rozszerzanie postanowiliśmy rozpocząć po skończeniu przez Gang sześciu miesięcy. Oczywiście nie mogło być to zbyt oczywiste i pojawiło się pytanie: sześciu urodzeniowych, czy sześciu korygowanych? Wybraliśmy kompromis i pierwszą marchewkę podaliśmy dziewczynom w siódmym miesiącu życia, o czym pisałem  w poprzednim tekście. No ale marchewka była dopiero początkiem zabawy, bo pozostało jeszcze wybrać metodę rozszerzania - papki, a po każdym posiłku sprzątanie całego domu, pranie całej garderoby i Passata sąsiada, czy może polecana przez dietetyków i logopedów metoda BLW i sprzątanie podłogi, kąpiel i mycie krzesełek po każdym posiłku? Wybraliśmy tę drugą opcję, która pozwala nam przynajmniej na zjedzenie we względnym spokoju śniadania, czy obiadu, bo dziewczyny siedząc z nami przy stole i widząc jak my jemy, usiłują nas naśladować i same wcinają to, co akurat dla nich przygotowaliśmy. Dzieje się to ku ogólnej uciesze zarówno dzieci, jak i rodziców. Dzieci cieszą się, że mogą w końcu bezkarnie brać do buzi wszystko co jest w ich zasięgu, rodzice zaś mają uciechę, patrząc jak Laski uczą się jeść nowe rzeczy, takie jak kawałek buraka, kalafiora, banana, czy czegokolwiek innego, na szczęście mają już po dwa zęby, które wydatnie im w tym pomagają. 

Każdy wybiera taką metodę, jaka w jego opinii będzie najlepsza dla jego dzieci, każdy też rozpoczyna rozszerzać dietę wtedy, kiedy uznaje, że jego dziecko, czy też dzieci są na to gotowe i nikt nie powinien takiego rodzica ganić za drogę, jaką obrał, o ile oczywiście jego sposób jawnie nie wyrządza krzywdy dziecku. Dlatego też, wiedząc jak bardzo w dobie internetu, książek na każdy temat, czy innych mediów, kontrowersyjnym tematem jest karmienie małych obywateli świata, apeluję do wszystkich: uszanujmy decyzje innych rodziców, nie usiłując udowadniać im, że nie podawanie dzieciom mięsa w wieku ośmiu miesięcy spowoduje, że ich dziecko przestanie rosnąć, czy też z drugiej strony, że marchewka podana w wieku 4 miesięcy spowoduje u ich latorośli wady postawy w dorosłym życiu. A nade wszystko apeluję o nie używanie argumentu "bo moja mama tak robiła dwadzieścia pięć lat temu i nic mi się nie stało", bo świat idzie do przodu, nauka przez te dwadzieścia pięć lat zrobiła postęp o lata świetlne, dlatego czasem na prawdę warto posłuchać naukowców i ekspertów. Gdybyśmy cały czas negowali postęp techniki, dalej leczylibyśmy gorączkę u dziecka, przez włożenie do pieca na trzy zdrowaśki. 

To tyle jeśli chodzi o poważne tematy, a jeszcze w tym tygodniu postaram się dodać jakiś weselszy wpis, który da Wam jako-taki pogląd na ten cyrk, który dzieje się u nas w domu. :)