poniedziałek, 1 maja 2017

Część II Rozdział XVIII - Wielki dzień

Za nami wielki dzień w życiu naszych Dzidziorów, wydarzenie które dla nas było wielkim logistycznie przedsięwzięciem, czyli chrzest. Był to dzień pełen przygód, niestety nie tylko tych w pozytywnym znaczeniu tego słowa, ale wszystko po kolei.



Wczoraj, 30 kwietnia, minął dokładnie rok od wydarzeń, które opisywałem w pierwszym tekście na blogu, tym pod tytułem "Prolog", czyli, nie rozdrabniając się zbędnie w przepisywanie tej, nie najwyższych lotów radosnej twórczości, od tego:
30 kwietnia 2016



Wtedy, nawet w najśmielszych wizjach, nikt nie przypuszczał, że ten pierwszy rok naszego małżeństwa zostanie zakończony chrzcinami trójki naszych pociech. O ile można było spodziewać się chrztu, to gdyby ktoś rok temu powiedział mi "Ty uważaj w tych Bieszczadach, bo będziesz musiał bawić trojaczki", pewnie bym go wyśmiał, wyszydził i pomyślał sobie, że tak suche żarty to tylko w Familiadzie. Tymczasem równo rok później sam wypowiadam to zdanie do wszystkich znajomych, którzy wyjeżdżają w góry. Zwłaszcza w TE góry. 

No ale my tu gadu gadu o tym jak robi się trojaczki (swoją drogą pozdrawiam serdecznie czytelniczkę, która na FB koniecznie chciała wiedzieć jak to zrobiliśmy, że zamiast jednego dziecka wyszedł cały Gang), a miało być o chrzcie. Dzień zaczął się, jak to zwykle bywa w takich przypadkach, z przygodami. Msza na której miały być chrzczone nasze Dzidziory, rozpoczynała się o 11.30, a w nasze auto, w drodze do kościoła, o 11:10 przyłożyła rozpędzona kobieta na rowerze z silnikiem od kosiarki. Urwała mi zderzak i wgięła klapę od bagażnika, a ja, na jej szczęście, nie miałem czasu żeby z nią walczyć, więc spisałem tylko jej dane i klnąc pod nosem, że przez głupią babę, której główna trójmiejska arteria pomyliła się z drogą rowerową, spóźnimy się do kościoła, ruszyłem w dalszą podróż. Na szczęście zdążyliśmy na czas i dalsza część dnia potoczyła sie już zgodnie z planem. No może poza tym, że chrzestny Kingi jeszcze zanim rozpoczęła się msza, zahaczył koszulą o ławkę i całą ją sobie rozdarł. Niestety w taki sposób, że nie będzie tego widać na żadnym zdjęciu, bo sprytnie się kamuflował. 

Po zakończeniu ceremonii udaliśmy się na obiad i w przemiłej atmosferze spędziliśmy czas aż do wieczora. Dziewczyny były grzeczne jak nie one (chyba egzorcyzmy odprawione podczas ceremonii zdały egzamin), po powrocie do domu wycieńczone usiłując jeszcze walczyć ze snem w końcu padły około 22 i do momentu tworzenia tego tekstu, jeszcze się nie obudziły (poza nocną pobudką na jedzenie)

Z tego miejsca chciałem podziękować wszystkim pradziadkom, dziadkom, chrzestnym i wszystkim pozostałym gościom za przybycie i stworzenie świetnej, ciepłej i rodzinne atmosfery. Fajnie że Wam się chciało, mimo, że bez mała 90% musiało dojechać po kilkaset kilometrów, żeby móc uczestniczyć w tym wielkim dla naszych małych księżniczek wydarzeniu.

Na koniec tradycyjnie zdjęcie, z tym że tym razem nie dziewczyn, a w każdym razie nie samych dziewczyn. Gang z rodzicami i chrzestnymi pozdrawia wszystkich czytelników. :)


30 kwietnia 2017, dokładnie rok później