niedziela, 26 marca 2017

Część II Rozdział XV - W końcu jesteśmy (prawie)zdrowe

Za nami kilka bardzo ciężkich tygodni, kilkanaście nieprzespanych nocy i setki godzin przeraźliwego ni to płaczu, ni krzyku naszego Gangu. Na szczęście już jest znacznie lepiej, najcięższy, jak dotąd, skok rozwojowy spotęgowany przez paskudną i trwającą w nieskończoność chorobę już za nami. Wszyscy przeżyli, nikt nie doznał trwałego uszczerbku na zdrowiu. Chociaż łatwo nie było.


Któregoś dnia, będąc już na skraju wyczerpania, zapytałem kogoś, kto wie wszystko (wujka Google), jak przetrwać skok rozwojowy u niemowląt. Pośród odpowiedzi, takich jak na przykład: wrzucić dziecko na trzy zdrowaśki do pieca (opcjonalnie kominka), po czym ugasić święconą wodą, czy też: lejąc na głowę dziecka święte oleje okadzić je dymem ze świeżo zerwanych liści eukaliptusa, których z przyczyn oczywistych nie brałem pod uwagę, no bo w mieszkaniu w bloku nie mam ani kominka, ani tym bardziej pieca, a i jakoś pod balkonem, mimo usilnych starań nie chce wyrosnąć mi eukaliptus, można było trafić również na bardzo obszerne teksty psychologów biegłych w temacie, których rady przysparzały mnie wyłącznie o kolejne kępki wyrwanych włosów i jeszcze więcej siwych brwi, niż miałem dotychczas. Jeśli streścić je do jednego zdania, brzmiały one mniej więcej "bądźcie cierpliwi, drodzy rodzice, gdy wasze dziecko skończy rok, skoki rozwojowe miną!". No dzięki Państwo psycholodzy! Na szczęście przez te ponad trzy miesiące zdążyliśmy poznać nasze dzieci tak, że w najbardziej kryzysowych momentach udało nam się wykorzystać ich "słabości", dzięki czemu Diana uspokajała się śpiąc przytulona do mojego t-shirta (jak już kiedyś pisałem, jest ona największym przytulasem, a tata jest lekiem na całe zło), Ania, z tych samych powodów co Diana, spała z jakąś częścią garderoby, noszoną wcześniej przez Myszę, a Kinga nauczyła się radzić sobie samodzielnie i kilka razy, machając nogami w "bitewnym szale", udało jej się uruchomić karuzelę, którą ma w łóżeczku, a która ją uspokaja i usypia.

W piątek mieliśmy wizytę kontrolną u Pani doktor. w końcu udało nam się zważyć wszystkie nasze małe Kuchy i... Łącznie ważą już ponad 15 kilogramów! Aneczka, o której przybieranie na wadze mocno się martwiliśmy, dobija już prawie do pięciu kilo, a Kinga i Diana przekroczyły już pięć i pół. Co do ogólnego stanu zdrowia Lasek, czekamy na wyniki badań krwi, żeby się przekonać, czy dalej muszą zajadać się żelazem, czy też mogę już oddać sąsiadowi to, co zostało z jego Opla, może jeszcze mu się przyda.  

Jako, że przyszła wiosna, a wraz z nią pogoda zmieniła się nie do poznania, grzechem jest siedzenie w domu, dlatego też mam nadzieję, że w końcu przyjdzie do nas ten obiecany wózek, bo za chwilę okaże się, że dziewczyny zdążyły wyrosnąć z gondoli i nie będziemy mieli możliwości go użyć. No chyba, że w ramę wózka wmontowywane są w tej chwili wzmocnienia ze złota, lub jakiegoś innego metalu szlachetnego, a tapicerka szyta jest srebrną nicią, wtedy możemy poczekać na niego jeszcze kolejny miesiąc. Ale wracając do tematu, jako że grzechem jest nie skorzystać z takiej pogody i coraz dłuższego dnia, wpadłem na taki autorski pomysł, żeby zmobilizować siebie i innych rodziców do długich spacerów, organizując cykliczne spotkania z czytelnikami, pod roboczym tytułem "Spacer z Gangiem", który odbywałby się w różnych częściach trójmiasta (i nie tylko). Co Wy na to? Piszcie w komentarzach. :)

A na koniec, tradycyjnie, zdjęcie małych śpiochów: