piątek, 6 stycznia 2017

Część II Rozdział II - Pierwszy spacer

Jako że zarówno doktor House, jak i położne zalecały wietrzenie i werandowanie Gangu, a po dwóch tygodniach w domu pierwsze krótkie spacery, wczoraj postanowiliśmy zabrać Kingę i Dianę nad morze. Oczywiście nie na plażę, bo to mogłoby się skończyć wywianiem nam dzieci z wózka, ale na taką odległość, że morze jednak było jakoś widać.

Jako że wyjście z domu z dwójką dzieci porównać można do wyprawy Froda Bagginsa i Sama Gamgee do Mordoru (strach pomyśleć jak będzie wyglądało wyjście z trójką), zbierać zaczęliśmy się około 13, a ostatecznie mieszkanie opuściliśmy po 14. No bo tak: kupa, jedzenie, ubieranie w kombinezon, nagle krzyk i smrodek, czyli okej, znów kupa, przebieranie bielizny, bo trochę się zabrudziła - pampers nie wytrzymał ciśnienia, znów ubieranie, kombinezon, do fotelika i... Już mamy wychodzić, ale okazuje się, że siostra jeszcze je i wcale jej się nie spieszy. No to buch, my do samochodu, babcia obok Dianisa, ja do domu i poganianie Kingi, że już trzeba wychodzić. Na szczęście w końcu się udało i mogliśmy ruszać. Strach pomyśleć jak będą wyglądały nasze wyjścia z domu za kilka lat, gdy laski wejdą w etap malowania się przed każdym wyjściem z domu... 

Plan był taki, że pojedziemy do Gdyni na Bulwar Nadmorski, tam włożymy laski do wózeczka, pochodzimy kilkanaście minut i do domu. Gdy planowaliśmy, w Gdańsku świeciło piękne słoneczko, leżało trochę śniegu i nic nie zapowiadało, że za chwilę nastąpi totalny śnieżny Armageddon. O tym w jak wielkim błędzie jesteśmy, przekonaliśmy się już kilkanaście minut później, na obwodnicy Trójmiasta, gdy tuż za Osową stanęliśmy w kilkukilometrowym korku, spowodowanym przez jakiegoś młodocianego rajdowca, który nie upilnował swojego rajdowego Golfa i w iście rajdowym stylu staranował nim barierki, po czym stanął w poprzek drogi. Gdy przejeżdżaliśmy obok, stał z telefonem przy uchu i ze łzami w oczach tłumaczył mamie lub tacie, że prezent na osiemnaste urodziny zrobił sobie kuku i trzeba będzie zapłacić za lawetę, a poza tym, że ci źli ludzie brzydko do niego mówią, przejeżdżając obok. Kilka minut później, gdy znów pędziliśmy niezakorkowaną drogą, słońce nagle postanowiło zajść za chmury, a świat postanowił schować się za ścianą śniegu. Wobec zaistniałej sytuacji nasze plany zostały zweryfikowane, skręciliśmy w pierwszy gdyński zjazd z obwodnicy i postanowiliśmy jechać jednak do Orłowa, bo to znacznie bliżej, a wiadomości z trójmiejskich dróg w tym momencie zaczęły krzyczeć, że korek w kierunku centrum Gdyni kończy się w Sopocie. Ostatecznie mając do wyboru przebijanie się przez zatory drogowe, żeby wejść na kilka minut na orłowski deptak, uznaliśmy, że jednak przesuniemy swoje spacerowe plany jeszcze bliżej domu, czyli do Spotu. O tym, że molo jest zamknięte dla spacerowiczów już wiedzieliśmy, więc od razu zaparkowaliśmy kawałek dalej, mając świadomość, że przespacerujemy się tylko kilkaset metrów i będziemy wracać, bo dzięki zaskoczeniu służb drogowych, nasz przejazd do domu zajmie nieco więcej niż standardowe pół godziny. 

Zatem spakowaliśmy dziewczyny do wózka, przykryliśmy każdą dwunastoma kocami i ruszyliśmy na nasz pierwszy, niestety jeszcze nie w komplecie, spacer. Wiatr nie był aż tak dokuczliwy, jak się obawiałem, mróz osiągał poziom -1 stopnia, a śniegu było na tyle niewiele, że bez problemu udało nam się przejechać wózkiem w okolice plaży.


Po tym krótkim spacerku laski były bardzo zadowolone i bardzo dzielnie przetrwały podróż powrotną do domu, która trwała ponad dwie godziny. 

Kolejny spacer mamy nadzieję odbyć już całą rodzinką, bo Ania dzielnie walczy o wyjście do domku i wczoraj ważyła już 1990g. Jest realna szansa, że przyszły tydzień będzie pierwszym, który spędzimy w domu całą piątką!