środa, 25 stycznia 2017

Część II Rozdział VI - Kupa, spacer, karmienie, lekarz, czyli co tam u nas

Mając trójkę dzieci, czas ucieka między palcami. Dopiero co Ania wyszła ze szpitala, a już mamy końcówkę stycznia, a styczeń był dla nas bardzo intensywny, bo tak naprawdę to dopiero w styczniu przyszło nam się zmierzyć z tą, dla nas zupełnie nową sytuacją, którą jest posiadanie trójki dzieci. Ale nie jest źle, jakoś sobie radzimy. 


Gdyby ktoś postronny spojrzał na nasz kuchenny kalendarz w pierwszych dwóch miesiącach tego roku, pewnie nie połapałby się co, kiedy i dlaczego musimy załatwić danego dnia, bo bywają takie dni, że Gang musi udać się do dwóch lekarzy. Na szczęście póki co wszystkie dotychczasowe wizyty okazały się być zwykłą, standardową profilaktyką i prawdopodobnie dziewczynki nie będą męczone na kolejnych wizytach, co nie zmienia faktu, że póki co jeździć musimy i o ile nie mamy z tym większych problemów, to niektóre sytuacje związane z naszymi wyjazdami do lekarzy nas osłabiają. Przykładem może być wizyta, którą mieliśmy odbyć u... pewnego lekarza w miniony poniedziałek. Zbieranie siebie, dzieci, karmienie, przewijanie, ubieranie, pakowanie do fotelików, później do samochodu, w końcu niemal godzinie cali mokrzy, ledwie widzący na oczy mogliśmy ruszać w kierunku poradni. I gdy już byliśmy w drodze i zbliżaliśmy się do celu naszej wyprawy, do Myszy zadzwoniła pielęgniarka z rejestracji i poinformowała, że lekarz nas nie przyjmie, bo w sumie to go nie ma... Na dziesięć minut przed umówionym terminem wizyty... Skandal. Tym większy, że do odbioru mieliśmy w tej samej poradni wyniki morfologii Kingi i Diany, które jednoznacznie określały, że nasza pierworodna musi pilnie mieć zwiększoną dawkę żelaza, bo powoli zaczyna nam wpadać w anemię, a oni zaproponowali nam nowy termin wizyty na luty. Normalnie się zdenerwowałem i zrobiłem im zadymę w tej rejestracji, bo postanowiliśmy przynajmniej odebrać wyniki dziewczyn, żeby skonsultować je z Panią doktor pediatrą. 

Te dni, które spędzamy w domu, też uciekają nam między palcami, mimo, że dzień zlatuje nam pod znakiem jedzenia i kupy. Chociaż już nie tylko, bo jako, że dziewczyny są co raz bardziej kumate, to przynajmniej godzinę każdego dnia spędzają na poznawaniu otaczającego je świata. Trochę leżą na macie w salonie i rozglądają się wokół, dziwiąc się, jaki ten świat jest kolorowy, czasem relaksują się na leżaczku, a czasami sprawdzają czujność rodziców, gdy leżąc w łóżeczkach, zaczynają krzyczeć, a po naszym przybyciu do sypialni wszystkie mają zamknięte oczy i udają, że śpią. I tylko po cieniu uśmiechu, albo delikatnie uchylonym oczku można poznać, która sprawdzała czas przybycia tym razem. 

Dziewczynki rosną nam jak na drożdżach, a Pani pediatra na wizytach patronażowych nie może się nadziwić, że są tak duże, silne i ruchliwe, zupełnie nie jak wcześniaki. Poza tym, w piątek będziemy mieli aktualne dane, ale prawdopodobnie wszystkie przekroczyły już trzy kilogramy, a dopiero zaczynają się rozkręcać. 

A w walentynki dziewczynki czeka spotkanie z Panem Prezydentem Gdańska, ciekawe czy będą grzeczne, czy swoimi donośnymi głosami nie rozniosą na kawałki Urzędu.

Pamiętacie naszą sesję brzuszkową? Wczoraj ciocia Asia odwiedziła nasze maluchy i cyknęła im kilka słodkich fotek. Szczegóły pojawią się wkrótce.

Wczoraj Mysza miała urodziny. Osiemnaste naturalnie, z tej okazji ogłosiliśmy konkurs, jak Wam idzie, bo mnie nie udało się zdobyć maksymalnej liczby punktów. ;) 

A tak wyglądają zapiski szalonego naukowca, czyli nasz kuchenny kalendarz. :)