wtorek, 27 grudnia 2016

Rozdział XLVI - A tymczasem w szpitalu...

Ostatnie wpisy, zarówno te na blogu, jak i te na fanpejdżu facebookowym skupiały się głównie na Kindze i Dianie, ale nie działo się tak dlatego, że nasze dwie gwiazdy, będące już w domu, tak bardzo absorbują naszą uwagę, że "zapominamy" o Ani. Po prostu Aneczka w dalszym ciągu nabiera ciałka w inkubatorku, dlatego też nie chcę publikować jej zdjęć w tej było nie było intymnej sytuacji, żeby za kilkanaście lat nie usłyszeć czegoś w stylu "Ojciec, nienawidzę cię za te zdjęcia na fejsie!".
A jednak mimo swojej wciąż niewielkiej wagi i konieczności pozostania jeszcze przez jakiś czas w szpitalu, nasza mała wojowniczka wciąż jest jedną z jaśniej błyszczących gwiazd w dziecięcym panteonie Kliniki Neonatologii.

Opowieść o poczynaniach naszej kruszynki, rozpocząć należy od połowy pierwszej doby życia, kiedy to malutka, niepozorna, zamieszkująca inkubator Ania, najgłośniej z wszystkich dzieci na oddziale, licząc również te w łóżeczkach, domagała się jedzenia. Poważnie. Położne zapewniały mnie, że naszą córkę słychać było bardziej, niż dzieci, które nie zostały przytłumione akustycznie przez pudełko z pleksi. Już w połowie ciąży przewidywałem, że będzie z niej niezła indywidualistka, w którymś tekście napisałem nawet, że jest murowaną kandydatką na feministkę, nie przypuszczałem jednak, że będzie to widoczne już w tak wczesnym etapie życia. 
 .
Jakiś dzień, może dwa po tym, jak moje dziecko zrobiło awanturę o jedzenie na pół oddziału, usłyszałem od jednej z przesympatycznych położnych stwierdzenie "Ma dziecko charakterek, oj ma. Ciekawe tylko czy to po mamusi, czy po tatusiu...". O co chodziło tym razem? Oczywiście, że o jedzenie! Dziecko po prostu uznało, że te porcje, które zarządził jej doktor są niewystarczające i trzeba wykłócić się o więcej.

Generalnie wygląda na to, że przy tych porcjach, które pochłania nasza mała Gwiazdeczka, gdyby nie to, że jest bardzo ruchliwa, pewnie już niebawem miałaby na liczniku 2000 g i wychodziłaby do domu, gdzie wspólnie z siostrami dawałaby popalić całej rodzinie, z rodzicami na czele. 

Póki co jednak, kruszynka musi jeszcze na  chwilę zostać w szpitalu, bo mimo, że rośnie jak na drożdżach, to przekroczone 1600 g, to wciąż za mało, żeby opuścić swój cieplutki inkubator, a w konsekwencji również i szpital. My w każdym razie jesteśmy dobrej myśli i wiemy, że już za kilka dni będziemy mogli cieszyć się z powrotu do domu Aneczki i obecności wszystkich naszych skarbów blisko nas, bo póki co nasze dni i serducha są rozerwane pomiędzy "starszymi" siostrami będącymi już w domu, a malutką, do której jeździmy tak często jak to możliwe, a i tak za każdym razem wracamy do domu z przekonaniem, że poświęcamy Jej za mało uwagi i nie jesteśmy w stanie spędzić z Nią tyle czasu, ile byśmy chcieli.