piątek, 16 grudnia 2016

Rozdział XLIV - Pierwszy dotyk

Ktoś kiedyś powiedział, że każdy może być ojcem, ale trzeba być kimś wyjątkowym, żeby być tatą. Po tym jak po raz pierwszy pozwolono mi dotknąć moich małych księżniczek, nie wyobrażam sobie, jak można nie chcieć okazywać swojemu dziecku bliskości i miłości, i z wyboru być wyłącznie ojcem.

W pierwszej dobie po urodzeniu nie bardzo była możliwość, żebyśmy w ogóle mogli zrobić z naszym małym Gangiem cokolwiek innego poza patrzeniem, a i patrzeć wolałem tylko z pewnej odległości. To był wtorek, tuż po porodzie. Środa zaczęła się dla mnie od palpitacji serca. Gdy wszedłem do pokoju w którym leżą nasze małe skarby zobaczyłem, że nie ma inkubatora, w którym tymczasowo zamieszkała Diana. Wystraszyłem się nie na żarty, a gdy położna powiedziała mi, że nasza córcia została przeniesiona na OIOM w związku z problemami oddechowymi, byłem wręcz przerażony. Faktycznie, oddychała ciężko, dzień wcześniej lekarz powiedział nam, że jest mniej wydolna oddechowo od sióstr, jednak nie spodziewałem się, że dzień później zastanę moje dziecko, które po porodzie oddychało bez pomocy, podłączone do CPAP i okrutnie męczące się przy każdym oddechu. Serce boli na taki widok chyba każdego rodzica i nikomu tego nie życzę. Na szczęście wczoraj Dianka poprawiła się oddechowo na tyle, że doktor podjął decyzję o zakończeniu wspierania oddychania. Kamień spadł nam z serca. Oczywiście w związku z tym, że nasza kruszynka znajdowała się na takim, a nie innym oddziale, nie wolno było nam jej dotykać, a nawet gdyby lekarze pozwolili, chyba bałbym się, że zrobię jej krzywdę. Być może dziś lub jutro uda się cokolwiek zrobić, jeśli tylko lekarze podejmą decyzję o przewiezieniu naszego maleństwa do sali, gdzie przebywają jej siostry.

Na szczęście dalsza część środy potoczyła się już bardziej pozytywnie. Po południu doktor wyraził zgodę, żebyśmy pokangurowali z Kingą i ten moment, w którym Pani położna położyła na mojej piersi naszą najstarszą córkę, pozostanie mi w pamięci chyba do końca życia. Specjaliści mówią, że kangurowanie wpływa na przedwcześnie urodzone dzieci terapeutycznie, a ja twierdzę, że nie tylko na dzieci, ale i na rodziców. W momencie, kiedy tuliłem do piersi moje dziecko przestały liczyć się wszystkie problemy, a wszystkie zmartwienia, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, uleciały gdzieś w nicość. Gdy tak siedziałem w tym fotelu z Kingą na klacie, liczyło się tylko "tu" i "teraz". Podobne odczucia miałem tuląc do piersi naszą małą kruszynkę Anię i tak samo będę czuł, gdy już dane będzie mi przytulić Dianę i to z nią pokangurować. 

I w związku z tym, jak i rozmowami, w których ostatnio uczestniczyłem, zastanawiam się, czy bardziej męski jest facet, który nie wstydzi się okazywać swoich uczuć do własnych dzieci i o nich mówić, czy taki, któremu wydaje się, że jest twardzielem i samcem alfa, jeśli wychodzi z założenia, że "robiąc dziecko", zrobił swoje, a teraz wystarczy, że będzie utrzymywał rodzinę i wszystko będzie fajnie. Krew mnie zalewa, gdy podczas rozmowy o ojcostwie w męskim towarzystwie, nagle któryś z obecnych wyraża swoją opinię, że to kobiety powinny zajmować się rzeczami takimi jak kąpanie, karmienie czy usypianie dzieci, że to matki muszą wstawać do dzieci w nocy, czy moje ulubione, że jak facet robi coś takiego, to jest niemęski. Jeśli okazywanie miłości i bliskości swojemu dziecku jest niemęskie, to z tego miejsca wszem i wobec oznajmiam, że nie jestem prawdziwym mężczyzną. I wiecie co? Dobrze mi z tym, bo wolę nie być prawdziwym facetem, a być dobrym tatą, niż być prawdziwym samcem, a nie zasługiwać nawet na miano ojca.