wtorek, 13 grudnia 2016

Rozdział XLIII - Urodziły się!

Obiecałem, że dziś zostanie ogłoszony bożonarodzeniowy konkurs, ale w związku z zaistniałą sytuacją rozpoczęcie konkursu przekładamy na co najmniej jutro. W dniu dzisiejszym żyjemy tym, że od godziny 1:30 jesteśmy najszczęśliwszymi osobami na świecie, bo właśnie tę porę na przyjście na świat wybrał sobie nasz księżniczkowy Gang!
Wczoraj wróciłem do domu wcześniej niż zwykle, wziąłem prysznic i postanowiłem położyć się wcześniej spać, dlatego telefon, który zadzwonił w nocy początkowo uznałem za poranny budzik, który oznajmia mi "wstawaj do pracy!". Myślałem tak, póki nie spojrzałem na wyświetlacz, a mój wyrwany ze snu umysł nie połączył faktów, że to nie budzik a telefon od Myszy oraz, że jest niemal 1 w nocy. Już wiedziałem, że laseczki postanowiły nie czekać, aż lekarze podejmą decyzję o CC i wzięły sprawy w swoje rączki.

Do szpitala dotarłem po ośmiu minutach, z czego dwie zajęło mi zebranie się, zbiegnięcie na dół i zeskrobanie szronu z samochodu, przez kolejną minutę przekonywałem panią portierkę, żeby wpuściła mnie do środka, na szczęście słowo "trojaczki" skutecznie otworzyło mi drzwi i mogłem biec na górę. Mysza akurat była badana przez lekarza, dzięki czemu miałem czas na opanowanie oddechu i wyczekiwanie. Kolejna fala stresu zalała mnie, gdy moje dziewczyny były już na bloku operacyjnym. Tym razem nerwy objawiły się poprzez nabijanie kilometrów na szpitalnym korytarzu, a skończyłoby się pewnie wydeptaniem przeze mnie dziury, gdyby przemiła Pani położna nie zlitowała się nade mną i nie dała mi jakiegoś paskudnego w smaku płynu na uspokojenie. Po dwóch kieliszkach po prostu stanąłem przy drzwiach bloku i czekałem, gdy nagle, zupełnie niespodziewanie usłyszałem płacz dziecka, konkretnie Kingi, która jest naszą najstarszą córeczką. Minutę później zapłakała Diana, a już po krótkiej chwili usłyszałem malutką Anię. Niesamowite uczucie, usłyszeć po raz pierwszy swoje małe skarby. W tym momencie zacząłem się modlić, żeby tylko wszystko było dobrze i przede wszystkim, żeby dziewczynki same oddychały i nie musiały być wyręczane przez maszyny. Bóg wysłuchał moich modlitw i kilka sekund później blok operacyjny opuściła położna, która przed kilkunastoma minutami mnie uspokajała i z najcieplejszym uśmiechem jaki w życiu widziałem oznajmiła:
- Ma Pan trzy silne córki
- Oddychają same? - musiałem zapytać
- Tak, są w nadzwyczaj dobrej formie - odpowiedziała mi Pani doktor neonatolog, która pojawiła się w drzwiach bloku tuż za położną
- A co z Myszą? - dociekałem 
- Pani Mysza trochę się trzęsie, ale to przejdzie. Wszystko poszło po naszej myśli - oznajmiła Pani położna

W tym momencie zeszło ze mnie całe ciśnienie, a gdy zobaczyłem jak z bloku operacyjnego wyjeżdża inkubator załadowany do pełna moimi ślicznymi córkami, łzy szczęścia napłynęły mi do oczu i mimo, że nie płakałem, zupełnie bym się tego nie wstydził. Natychmiast poszedłem z zespołem położnych i neonatologów na oddział, gdzie najbliższy czas mają spędzić moje dzieci. Kinga, najstarsza osiągnęła wagę urodzeniową 2020 g, Diana największa 2030 g, a Ania, mimo, że najmniejsza, bo ważąca 1380 g, jest chyba najbardziej wojownicza, bo jako pierwsza otworzyła oczka i zaczęła przebierać językiem w poszukiwaniu jedzenia.

Ania po początkowej ocenie w skali APGAR na 7 punktów, ostatecznie została podniesiona na poziom 8, podobnie jak siostry. Cały Gang samodzielnie oddycha i je, więc wszystko wygląda bardzo dobrze. Mysza aktualnie jest na morfinie, czuje się dobrze i chciałaby już wstawać i iść do córeczek, ale najwcześniej będzie mogła spróbować podnieść się o 14.

Tymczasem jadę do szpitala zawieźć resztę rzeczy potrzebnych dziewczynkom i mojej bohaterskiej żonie.

A konkursu spodziewajcie się na dniach. ;)