czwartek, 24 listopada 2016

Rozdział XXXVII - Już niedługo, coraz bliżej

Wczoraj wieczorem na Facebooku pojawiło się zdjęcie mojej umęczonej, przebranej w piżamę żony, oczekującej na przyjęcie do szpitala. Już kilkanaście minut później Mysza leżała na kozetce w gabinecie zabiegowym oddziału, którego nazwa regularnie układa w mojej głowie dziwne wizje, wypinając tę część Myszowego ciała, która tworzy łącznik między zaatakowanymi wysypką plecami, a spuchniętymi nogami matki mojego Gangu.
Podobnie jak podczas przyjęcia na oddział ze skierowaniem od Profesora Jacka, tak i teraz ze skierowaniem od Pani profesor, nikt nie śmiał zanegować konieczności przyjęcia do szpitala moich czterech dziewczyn. Wszystko poszło całkiem sprawnie i już w godzinę po tym jak przyjechaliśmy na Kliniczną, moja niewydolna motorycznie żona była przebrana, zakwaterowana i ukłuta pierwszą dawką sterydów (chyba nie anabolicznych?) w miejsce, które chyba dość obrazowo opisałem powyżej. Już po zakończeniu całej procedury wstępnej na izbie przyjęć, w dyżurce położnych oddziału, zaczęło do nas docierać, jak  niedługo nasze Gangowe księżniczki będą z nami. Przyczynił się do tego stos dokumentów, które przemiłe położne musiały wypełnić, a w których podać trzeba było imiona i nazwiska nasze, w sensie moje i Myszy, informacje o chorobach przewlekłych, zawody wykonywane i milion innych rzeczy. Cała ta papierologia skończyła się na czymś, co już do końca przekonało nas, że to już być może dni pozostały do końca ciąży i szczęśliwego (innego wariantu nie biorę pod uwagę) jej rozwiązania, mianowicie opisaniu sześciu opasek na rączki dla naszych Gwiazdeczek. 

Po wszystkim moja wyssana przez dzieci żona zajęła łóżko, na którym spędzi prawdopodobnie najbliższe kilka(naście) dni, zamieniliśmy parę słów i jako że zbliżała się godzina końca odwiedzin, opuściłem moje dziewczyny i wróciłem do domu.

Dziś rano Mysza stwierdziła, że położne chyba mają za zadanie przygotować ją w tych ostatnich dniach ciąży do macierzyństwa, bo co dwie godziny budziły ją mierząc akcję serca naszych małych kluseczek. Do tego doszło niemal dwugodzinne ktg i okazało się, że Mysza jednak lepiej wysypiała się w domu, chociaż ty zawsze powtarzała mi, że jak pójdzie do szpitala, to w końcu porządnie się wyśpi. 

W kwestii naszej przeprowadzki zmieniło się tyle, że dziś przyjechały do nas meble kuchenne, więc mamy już wszystko czego potrzeba nam do pełni szczęścia. No prawie wszystko, bo z mebli brakuje nam jeszcze łóżeczek, jednak te już się dla nas robią i w następny weekend powinny być już złożone i czekać cierpliwie na powrót Gangu ze szpitala. 

A już jutro w szpitalu będą "nam" robić USG, więc dowiemy się jak bardzo Gang urósł i może wtedy lekarze zaryzykują wyznaczyć jakiś termin cesarskiego cięcia. Oczywiście relacja pojawi się na blogu, prawdopodobnie już w sobotę.