środa, 30 listopada 2016

Rozdział XXXIX - Jak się leży Pani Myszo?

Mysza w dniu dzisiejszym świętowała swoją pierwszą tygodnicę pobytu w szpitalu, a ja dzielnie w tym świętowaniu ją wspierałem. Przez ten tydzień w czteroosobowej mojożonowej sali rozwiązały się trzy ciąże - jedna bliźniacza i dwie pojedyncze, a matka mojego Gangu w dalszym ciągu, z uporem maniaka twierdzi, że nie zamierza wypuszczać Gwiazdek na ten świat.

 
Czy Wszystko jest w porządku? Nie wiemy, my jesteśmy co do tego przekonani i nie przyjmujemy innej opcji do wiadomości, ale lekarze są raczej skąpi w udzielaniu informacji. Być może jakieś uda się uzyskać jutro podczas porannego obchodu, bo dziś nocny dyżur ma Pani profesor, która obiecała, że rzuci okiem na ostatnie USG, po którym Mysza została skierowana na dodatkowe, mające dokładnie sprawdzić przepływy u naszej małej Ani, której siostry najwyraźniej zaczynają podkradać jedzenie. Badanie się odbyło, ale od dwóch dni bezskutecznie próbujemy doprosić się o komentarz któregoś z lekarzy. 

Moja coraz bardziej opuchnięta żona do takiego stopnia zaaklimatyzowała się na oddziale, że regularnie droczy się z ordynatorem, który na początku straszył, że wypisze ją do domu, a ostatnio zmienił front i przy każdej okazji powtarza, że będzie wstrzymywał poród do 38-go tygodnia, bo tak dogadał się z Panią profesor.

Wczoraj po raz pierwszy byłem świadkiem, a wręcz uczestnikiem komitetu powitalnego, który wystawiają pacjentki podczas, gdy któraś z oddziału ma robione cesarskie cięcie. Zbiera się ich wtedy przy wyjściu z bloku operacyjnego cała gromada (tym większa, im mniej osób odwiedzających przebywa w szpitalu) i oczekują na wyjazd dziecka, a potem mamy z bloku, siedząc i gadając przy tym jak kury na grzędzie (i nie jest to moje określenie, a jednej z "kur").

I tak siedząc na tej grzędzie naszła mnie refleksja, że z jednej strony nie mogę się doczekać na przyjęcie naszych małych księżniczek na świat, z drugiej zaś jestem pełen obaw czy jesteśmy gotowi i poradzimy sobie gdy już nasz mały Gang pojawi się w domu. Dobrze, że choć nasza nowa chata jest już niemal w 100% gotowa na ich przyjęcie.