poniedziałek, 10 października 2016

Rozdział XXVI - Co z tą wysypką?

Jak już wspominałem, Mysza ma podejrzenie cholestazy ciążowej. Jednym z jej objawów jest wysypka występująca na i w okolicy brzucha. To ta wysypka zaniepokoiła ostatnio Panią profesor i to prze tę wysypkę wylądowaliśmy wczoraj w punkcie przyjęć szpitala przy ul. Klinicznej. Ale po kolei...

Od około dwóch tygodni matka mojego gangu zmaga się z dokuczliwą wysypką, a od około dwóch miesięcy walczy z piekielną zgagą. Jeśli dodać do tego swędzące stopy i dłonie, otrzymujemy zestaw objawów odpowiadających paskudnej ciążowej dolegliwości, zwanej cholestazą. W związku z opisanymi objawami, Pani profesor postanowiła skierować Myszę na próby wątrobowe oraz kwasy żółciowe, które to badania miały wykluczyć (oby), lub potwierdzić (oby nie) diagnozę. Na badania planowaliśmy udać się na spokojnie we wtorkowy poranek, przed moją nocką, wieczorem Mysza miałaby wgląd do wyników online i gdyby coś wyglądało niepokojąco, w środę mieliśmy kontaktować się z Panią profesor. Tak plan wyglądał do sobotniego popołudnia. Wtedy to byliśmy umówieni ze znajomymi na obiad, który miał się przeciągnąć do kolacji i być połączony z oglądaniem meczu reprezentacji z Danią. Kiedy szykowaliśmy się do wyjścia, umęczona rodzicielka moich córek stwierdziła, że to ostatnia szansa, żeby pokazała się światu w ciążowych jeansach. Jak pomyślała, tak zrobiła, ubraliśmy się, wyszliśmy z domu, pojechaliśmy na Przymorze i zajęliśmy się przyjemnymi rzeczami. Po którymś z kolei Myszowym wyjściu do toalety, ta, która nosi w sobie trzy laski, stwierdziła, że nie może więcej nosić tych spodni, bo wzmagają u niej wysypkę. Od razu dostała od gospodyni dresik na zmianę i do powrotu do domu, zapomnieliśmy o krostkach. Przypomnieliśmy sobie, gdy Mysza szykowała się do snu, to wtedy uznaliśmy, że spodnie nie mogły spowodować wysypki sięgającej aż po łopatki... Wtedy też podjęliśmy decyzję o tym, że jeśli wysypka nie ustąpi do niedzieli, do godziny 16, pojedziemy z tym do szpitala, wszak zaczęło to wyglądać bardzo niepokojąco. O ile wcześniej krostek było kilka i znajdowały się one głównie na brzuchu, to w sobotni wieczór objęły już cały brzuch i zdecydowaną większość pleców. Jak łatwo się domyślić, do niedzieli wysypka nie tylko nie ustąpiła, ale wręcz się wzmogła, co wygnało nas do szpitala już wcześniej, niż pierwotnie planowaliśmy.
Na miejscu, ku naszemu ubolewaniu przekonaliśmy się, skąd biorą się tak fatalne opinie o szpitalu, w którym przecież kilka tygodni wcześniej Mysza miała robiony zabieg i zarówno kompetencje, jak i podejście do pacjenta były na bardzo wysokim poziomie, i nie mogliśmy nijak złego słowa powiedzieć o tych kilku dniach pobytu Myszy na oddziale. Tym razem niestety byliśmy niemile zaskoczeni. Przede wszystkim lekarka w punkcie przyjęć totalnie zbagatelizowała problem z którym przyszliśmy, rzucając przy tym komentarzami w stylu "a po co pani drapała te krosty?". Ostatecznie stwierdziła, że Mysza ma sama podjąć decyzję, co do hospitalizacji. Ogólnie wizyta w szpitalu była dla nas stratą czasu i szarganiem nerwów, a przy okazji potwierdzeniem, że w tym pięknym kraju można liczyć wyłącznie na prywatną opiekę medyczną. Dlatego właśnie cały dzisiejszy poranek, od 8 do 11 spędziliśmy w centrum medycznym, oczywiście prywatnym, gdzie zrobiliśmy kompleksowe badania, których wyniki, już jutro będziemy mogli skonsultować z Panią profesor, bo o ile próby wątrobowe wyszły bardzo dobrze (na szczęście!), to wyniki morfologii znów są nieco niepokojące. Wprawdzie to, co wcześniej było na poziomie bardzo mocno poniżej normy, nieco się podniosło, ale inne wskaźniki przekroczyły, lub spadły poniżej wartości referencyjnych.

I chociaż wiemy, że będzie dobrze, to wolimy usłyszeć to z ust Pani profesor, więc jutro podjedziemy do przychodni z wynikami.