poniedziałek, 12 września 2016

Rozdział XIX – Gang rośnie, ale…

Obiecałem dziś nowy tekst i oto jest. Później niż zwykle, ale o tym dlaczego już kilka linijek niżej.
No i byliśmy u Profesora Jacka. I dobrze, że to do niego trafiliśmy pod nieobecność naszej Pani profesor, bo to co zobaczył w Myszy wymagało szybkiej reakcji.
Profesor Jacek w odróżnieniu od Pani Profesor zaczął wizytę nie od badania środka Myszy, a od USG Gangu i wszystkich tych pomiarów, które w magiczny sposób liczą długość, wagę, pojemność żołądka i iloraz inteligencji małych człowieków. Na tym etapie zapanowała euforia, bo mimo że najmniejsza dziewczynka jest o 30-40 gramów lżejsza od sióstr, to cała trójka mieści się w wszelkich normach jak a ten etap ciąży. To nic, że waga lasek oscyluje w dolnych granicach normy. To dalej jest norma! I z tego oczywiście trzeba się cieszyć, bo oznacza to, że rosną nam silne zdrowe dziewczyny! Poza tym wszystkie trzy dziewczyny są zdrowe i jak to określił Profesor „nie ma nic, do czego można się przyczepić”. Czyli dobrze, rozwijają się w dobrym kierunku, serducha biją im równo, są baaaardzo aktywne i żwawo hasają sobie w Myszy.
Gang łącznie waży już ponad kilogram! Największa z lasek przekroczyła już 360 gramów, zaś najmniejsza dobija do 320! Ciężkie życie biednej Myszy, jeśli dziewczyny dalej będą rosły w tym tempie. Z drugiej strony niech rosną jak największe, najwyżej przykują matkę do łóżka na ostatnie trzy miesiące ciąży!
Kiedy już wszystkie dzieci były pomierzone i poważone, Profesor przeszedł do tego, od czego Pani profesor zawsze zaczyna, czyli pomiaru długości szyjki macicy. No i tu zaczęły się schody, bo okazało się, że 16 milimetrów to stanowczo za mało i Mysza kwalifikuje się na założenie szwa(szwu?). Kolejną rzeczą, którą Profesor przeanalizował, były wyniki morfologii. Monolog Profesora brzmiał mniej więcej tak:
Ojojojoj, licha ta Pani morfologia, licha… A żelazo Pani bierze jakie? A, takie… I to dwa razy po setce! Licho, licho… A rdzę z samochodów Pani obgryza? Tak? I dalej tak słabo? Oj licho, licho…
Gdy już sobie Profesor porozmawiał z kimś na swoim poziomie intelektualnym, czyli jednak mimo wszystko z samym sobą, podjął decyzję o hospitalizacji Myszy i zorganizowaniu w trybie pilnym, bo na jutrzejszy poranek zabiegu założenia szwa(szwu?). Poza tym już w szpitalnych warunkach postanowił ustabilizować Myszową morfologię.
Swoją drogą organizowanie miejsca na oddziale Patologii ciąży, którego Profesor jest ordynatorem też było ciekawe. Telefon, nazwisko i informacja, że Pani Mysza przyjedzie niedługo i ma zostać przyjęta wystarczyły.
Zatem wróciliśmy do domu, zjedliśmy szybką obiadokolację, zrobiliśmy szybką szpitalną wyprawkę dla Myszy i ruszyliśmy na Kliniczną, gdzie już wszyscy byli gotowi na przyjęcie Myszy na oddział.
Mysza w drodze na izbę przyjęć
Mysza w drodze na izbę przyjęć
Na izbie przyjęć szybka procedura, bo przecież wcześniej już tam byliśmy, więc Myszowe dane w systemie zostały, oględziny przez lekarza, konsultacja z szefem, czy jednak jutro, a może już dziś zrobić zabieg i na oddział.
Tam już czekało na matkę mojego Gangu łóżko w czteroosobowej sali, gdzie musiałem w końcu zostawić moje dziewczyny. Na szczęście już jutro o 8 rano mogę tam wrócić i dale dzielić niedolę z czterema kobietami mojego życia. W zasadzie nie wiemy jeszcze nic. Anie jak długo Mysza zostanie na oddziale, ani jak zamierzają leczyć jej morfologię, ani nawet kiedy będzie miała zabieg. Pewnie wszystkiego dowiemy się jutro. O wszystkim będziemy na bieżąco informowali albo na fanpejdżu fejsbukowym, albo w kolejnych tekstach na blogu. A na koniec zdjęcie mojego czteropaku w szpitalnym łóżku.