sobota, 30 lipca 2016

Rozdział VIII – A może morze?

Tydzień temu do Polski przyleciała „Ciocia z Ameryki”. W zasadzie to kuzynka z Wielkiej Brytanii, ale „ciocia z Ameryki” lepiej brzmi.
Zatem przyleciała kuzynka z dziećmi w odwiedziny do rodzinki. Niestety cała rodzina mieszka jakieś 150 kilometrów od nas, więc jak dotąd nie było nam dane się spotkać. Aż do wczoraj, bo oto okazało się, że owa kuzynka, wraz z dziećmi i swoimi rodzicami postanowiła wybrać się na weekend nad morze, do Krynicy Morskiej, a w związku z tym, że 75 kilometrów to tylko połowa dystansu, który mielibyśmy do przebycia do Iławy, też postanowiliśmy się tam wybrać.
W związku z tym, że Mysza musiała mieć wczoraj pobraną krew do badań, wyjechaliśmy tuż po południu. O dziwo nie musieliśmy stać w gigantycznych korkach, co już było dla nas nie małym szokiem, tym bardziej, że od rana pojawiały się informacje o korkach na krajowej „7″. Nauczeni ostatnim powrotem z Iławy, od razu obraliśmy azymut na boczne drogi i ruszyliśmy na podbój Mierzei! Gdy już dotarliśmy na miejsce i wstępnie nacieszyliśmy się towarzystwem rodzinki, której nie widzieliśmy już od roku, postanowiliśmy ruszyć w kierunku morze. Jeszcze dzień wcześniej na Bałtyku obowiązywał całkowity zakaz wchodzenia do wody w związku z sinicami, który został zdjęty chwilę przed naszym przybyciem. W drodze na molo na Zalewie Wiślanym i dalej na plażę przekonaliśmy się, co mieli na myśli ludzie, którzy twierdzili, że cała Polska jest w tym momencie nad Bałtykiem… Tabuny ludzi, połowa pod wpływem raczej nie „soku pomarańczowego”, mnóstwo stoisk z fastfoodami, po których zjedzeniu lepiej mieć szybko pod ręką toaletę, do której czekają kilometrowe kolejki no i ta wszechobecna chińszczyzna i popelina…
No ale nic, przebiliśmy się przez cały tłum zombiaków i ruszyliśmy na plażę. W związku z tym, że chwilę wcześniej przeszła burza, byliśmy w zdecydowanej mniejszości, jeśli chodzi o kierunek podróży. Większość zdążała w kierunku Zalewu na imprezę plenerową, którą tego dnia był występ znanego i niekoniecznie śmiesznego kabaretu. Kiedy już dotarliśmy nad morze, okazało się, że plaża jest niemal pusta (jak na warunki polskiego lata w Krynicy Morskiej), dzięki czemu wraz z Myszą (i Gangiem), kuzynką i jej świetnymi dziećmi mogliśmy trochę poszaleć.

Mysza z gangiem nad morzem
Mysza z Gangiem nad morzem
Po dniu pełnym wrażeń Mysza była wykończona, ale zadowolona, Gang zdrowo spał, a ja musiałem jeszcze dojechać do domu. Pewnie zostalibyśmy na noc, ale ja niestety musiałem iść dziś na 6 do pracy, a nie chciałoby mi się o 4:00 wyjeżdżać z Krynicy, żeby zdążyć zawieźć Myszę rano do domu i śmigać do roboty.
Co do wczorajszych Myszowych badań, są już wyniki i okazuje się, że Mysza ma dość mocno obniżone hematokryt i hemoglobinę, co w ciąży podobno jest normalne, ale nie jesteśmy pewni czy aż do takiego stopnia… We wtorek wizyta u Pani profesor, wtedy się okaże. Mam nadzieję, że wszystko będzie okej. Znów zaczynam się stresować, czy wszystko będzie dobrze. Z drugiej strony wiem, że musi być. Nie ma innej opcji!
Jutro niedziela, może przed moją nocną służbą uda się gdzieś wyjść i zrobić coś fajnego, o czym będzie można napisać w kolejnym rozdziale!
PS. Mysza ma brzydkie sny, które są totalnie irracjonalne i nie mają prawa się zdarzyć, a tylko bez sensu Ją stresują.